znaczacy > sci.* > sci.psychologia

Vetch (11.11.2004, 20:22)
Już mam taki chaos we łbie, że każda opinia już mi chyba nie
zaszkodzi, a może pomoże, więc przeczytajcie to poniżej :-)

Jesteśmy małżeństwem, lecz kierujemy się różnymi pobudkami. Żona oczywiście
w nadziei na życie wieczne, pełna religijnych ograniczeń poświęca
niejednokrotnie rzeczywistość (a wraz z nią mnie), a ja wiem że mam jedno
życie i nic poza tym, dlatego żyję pełnią tego co mam i nie ma dla mnie
niczego ważniejszego od tego co jest tu i teraz.

Kiedy się poznaliśmy, uwierzyłem i stałem się religijnym głównie właśnie dla
niej i "dzięki" jej postawie pełnej miłości. Niestety, z biegiem lat moja
świadomość egzystencji dojrzewała i po pewnym czasie doszedłem do wniosku,
że modlitwa nic nie daje, a tylko powiększa frustrację i mami nadzieją. Moje
życie zawsze było ciężkie, ale po głębszej refleksji zrozumiałem że
wszystko, cokolwiek mam życiu (a niewiele tego jest) zawdzięczam tylko sobie
i własnej ciężkiej pracy nad sobą. Wiara nie dawała mi ukojenia, pojawiły
się wątpliwości, których wcześniej się bałem. Po poddaniu ich krytyce
rozumu, stwierdziłem że pewne sprawy są tak niedorzeczne, że po prostu dalej
wierzyć nie mogę. Dziś nie interesuje mnie czy Bóg jest, czy go nie ma.
Moje życie po odrzuceniu wiary nadal wygląda tak samo, co prowadzi do
następnego wniosku, że wiara nic nie daje; uważam praktyki religijne za
stratę czasu. A nawet więcej: odrzucenie religijnych uprzedzeń i "strachów
na lachy" sprawiło że życie stało się prostsze i przyjemniejsze.

Teraz proszę sobie wyobrazić frustrację mojej żony, która po latach
otrzymała "produkt bezwartościowy". Kiedyś nie było niczego co nas mogło
dzielić, dziś są to światopoglądowe uprzedzenia. Żona uważa że ją oszukałem,
bo jak twierdzi, "gdyby wiedziała że będę ateistą, na pewno by za mnie nie
wyszła". Z tego wniosek, że miłość była warunkowana wiarą, a dla mnie
wspólne zainteresowania religijne to marny powód do kochania, bo skąd mogłem
wiedzieć że po latach się zmienię ? Żona oczywiście kieruje się religią i
wierzy w nierozerwalność małżeństwa, ale jednocześnie widzę że się męczy w
tym związku i sam już nie wiem czy naprawdę mnie kocha, czy tylko spełnia
"chrześcijański obowiązek miłości bliźniego", czyli względnej tolerancji. A
to nie to samo co miłość mężczyzy i kobiety, którzy uwielbiają swoje
towarzystwo.

Dziś nie wiem, czy warto być ze sobą, skoro główne sprawy które nas łączyły
po prostu ustały. Nie chcę się męczyć całe życie tylko dla samej zasady, bo
"tak trzeba". Chyba jeszcze kocham żonę, choć nie daje mi powodów w to
wierzyć, a wątpliwości pojawiają się każdego dnia. Nie wiem czy nie lepiej
się rozwieść i zacząć wszystko od nowa, jej dając spokój. Szkoda mi tylko
tego, że jej religia uniemożliwia jej bycie szczęśliwą z innym mężczyzną.
Czy ktoś zna złoty środek w tej sytuacji ?

Pozdrawiam
Piotrek
kurkuror (11.11.2004, 20:41)
podziwiam takich ludzi jak Ty!
a czemu to nie ma znaczenia.
chociaz ja na twoim miejscu bym wyszedl rano do sklepu i kupil bilet do
urugwaju w jedna strone.
"Zyj i daj zyc innym" czy jakos tak...
Vetch (11.11.2004, 20:48)
Użytkownik "kurkuror" <kurkuror> napisał
> podziwiam takich ludzi jak Ty!
> a czemu to nie ma znaczenia.
> chociaz ja na twoim miejscu bym wyszedl rano do sklepu i kupil bilet do
> urugwaju w jedna strone.
> "Zyj i daj zyc innym" czy jakos tak...


jakoś nic konstruktywnego dla mnie z tego nie wynika

P
kurkuror (11.11.2004, 21:01)
> > podziwiam takich ludzi jak Ty!
> > a czemu to nie ma znaczenia.
> > chociaz ja na twoim miejscu bym wyszedl rano do sklepu i kupil bilet do
> > urugwaju w jedna strone.
> > "Zyj i daj zyc innym" czy jakos tak...

> jakoś nic konstruktywnego dla mnie z tego nie wynika

no ok. wg. mnie powienienes podjac jakis krok ostateczny, nie mam na mysli
rozwodu czy czegos jeszcze bardziej dramatycznego, ale wydaje mi sie ze
moglbys np. zaprowadzic zone do ksiedza i porozmawiac we 3. twoj ateizm czy
nihilizm stanowi swojego rodzajuz podstawe do tego zeby znalezc sloty
srodek. Ani ona nie moze narzucic ci wiary ani Ty nie mozesz z niej tego
wytloczyc. Z tego co mi wiadomo relogia nie dyskriminuje ateistow (inaczje
sie ma klerycyzm) wiec znalezienie tego "zlotego srodka" nie powinno byc
trudne. Powinniscie chyba sobie pozwolic zyc tak jak kazdemu z was sie
podoba, czy to jest msza co nie dziele w ladnych ubrakacj czy opalanie sie
przed telewizorem, kazdy ma prawo do wlasnego zdania. a jesli jej milosc
byla zalezna od twojej wiary to nie jest milosc do ciebie tylko do twojej
upersonifikowanej wiary. "Kochac" wg. chrzescijanizmu wcale nie oznacza
wieczny zwiazek i stabilnosc emocjonalna(ani tez wspolzycie seksualne). tu
raczej chodzi o altruistyczne podejscie do ludzkosci. Wiec jesli twoja zona
uwaza inaczje to chyba nie jest prawdziwa chrzescijanka tylko wyznawca
krucyfiksa. Jesli wytlumaczysz jej ze to co robi (krzywdzac cie poprzez
deprecjacje bo nie jestes chrzescijaninem) to powinna to zrozumiec fakt, ze
to nie religia jest podstawa do milosci. sytuacja jest o ytle skomplikowana
ze oboje sie meczycie i oboje chyba nie wiecie co z tym zrobic. Dlatego
podunalem propozycje udania sie do ksiedza (proboszcza czy jak mu tam) o
wyjasnienie tej sytuacji. Co tak naprawde oznacza wiara.

btw. tez jestem ateista.
gazebo (11.11.2004, 21:14)
Vetch wrote:
> Użytkownik "kurkuror" <kurkuror> napisał
> jakoś nic konstruktywnego dla mnie z tego nie wynika


religia z reguly wymaga usteptswa na swoja kozrysc, owszem, sa
malzenstwa mieszane, ale z tego co wiem wygladaja wlasnie tak jak twoje,
trudno tu o konstruktywne porady, dla ortodoksyjnej katoliczki na
pierwszym miejscu stoi jej Kosciol bo nawet nie Bog moim zdaniem, albo
wiec na tyle oddali sie do swego Kosciola by dostrzec wage waszego
zwiazku i przetasuje troche w swojej hierarchii albo ty sie dostosujesz
na sile co wrozy dobrze waszemu zwiazkowi, jesli macie dzieci to
sytuacja jeszcze bardziej sie komplikuje,
gazebo (11.11.2004, 21:25)
> zwiazku i przetasuje troche w swojej hierarchii albo ty sie dostosujesz
> na sile co wrozy dobrze waszemu zwiazkowi, jesli macie dzieci to


mialo byc _nie wrozy_, sorry
Vetch (11.11.2004, 21:33)
Użytkownik "kurkuror" <kurkuror> napisał
> [...]
> no ok. wg. mnie powienienes podjac jakis krok ostateczny, nie mam na mysli
> rozwodu czy czegos jeszcze bardziej dramatycznego, ale wydaje mi sie ze
> moglbys np. zaprowadzic zone do ksiedza i porozmawiac we 3


wiesz, już mam dość ciągłego oskarżania mnie że oszukałem,
albo że odrzucenie wiary = odrzucenie miłości, a więc prosto
wnioskując kochać nie potrafię, jestem opętany, szatan mną
steruje, etc...
Poza tym, wiem z doświadczenia, że "sprzedawcy dymu"
nie są obiektywni.

Ateizm to nie tylko praca nad sobą, ale często walka ze
społecznymi uprzedzeniami, walka o własną godność i
prawo do swobodnego "wyznawania" wolności wyboru.

Jestem zmęczony ludzkimi uprzedzeniami, niechęcią,
"prostowaniem" przesądów i poglądów. Męczy mnie
życie na tej planecie. Czasem myślę sobie, że lepiej
byłoby uwierzyć i stać się zagorzałym wyznawcą,
niestety wierzyć nie potrafię. Podobnie jak nie potrafię
wierzyć w UFO.

> twoj ateizm czy nihilizm stanowi swojego rodzajuz podstawe
> do tego zeby znalezc sloty srodek.


ja już zbyt długo tego środka szukam i z biegiem
czasu moje chęci chyba tylko słabną

> Ani ona nie moze narzucic ci wiary ani Ty nie mozesz z niej tego
> wytloczyc. Z tego co mi wiadomo relogia nie dyskriminuje ateistow
> (inaczje
> sie ma klerycyzm) wiec znalezienie tego "zlotego srodka" nie powinno byc
> trudne. Powinniscie chyba sobie pozwolic zyc tak jak kazdemu z was sie
> podoba, czy to jest msza co nie dziele w ladnych ubrakacj czy opalanie sie
> przed telewizorem, kazdy ma prawo do wlasnego zdania. a jesli jej milosc
> byla zalezna od twojej wiary to nie jest milosc do ciebie tylko do twojej
> upersonifikowanej wiary.


i właśnie tego się obawiam, niestety nie mogę uzyskać jednoznacznej
odpowiedzi. Żona myśli schematycznie wiarą, każda myśl przechodzi
najpierw swoisty filtr biblijny, zanim wydostanie się na zewnątrz.
Czasem sam nie wiem czy to co mówi wynika z jej przemyśleń,
czy to tylko gotowa papka religijnych "przepisów na szczęście",
których trzymanie się "gwarantuje" pomyślność, bo przecież
pochodzi od Dawcy Zdrowia Szczęścia i Pomyślności.

Sam przez to kiedyś przechodziłem i wiem, że popadanie w ortodoksję
niewiele się różni od sekciarstwa. Z drugiej strony, rozumiem, że nie można
być "dobrym" wierzącym, który nie stosuje _dokładnie_ zasad
swej religii w życiu. Wniosek: _dobry_ wyznawca _musi_ być
ortodoksyjny.

> "Kochac" wg. chrzescijanizmu wcale nie oznacza
> wieczny zwiazek i stabilnosc emocjonalna(ani tez wspolzycie seksualne). tu
> raczej chodzi o altruistyczne podejscie do ludzkosci.


i ta właśnie dwoistość pojmowania miłości doprowadza mnie do
obłędu. Katolickim ideałem jest białe małżeństwo i spędzanie
wieczorów na adoracjach w kościele. To niestety nie jest mój
przepis na szczęście.

> Wiec jesli twoja zona
> uwaza inaczje to chyba nie jest prawdziwa chrzescijanka tylko wyznawca
> krucyfiksa. Jesli wytlumaczysz jej ze to co robi (krzywdzac cie poprzez
> deprecjacje bo nie jestes chrzescijaninem) to powinna to zrozumiec fakt,
> ze
> to nie religia jest podstawa do milosci.


niestety, wg chrześcijaństwa, miłość bez Boga nie istnieje,
bo on w tym założeniu jest samą miłością.
Wniosek jest prosty: ja odrzucając Boga nie mam zdolności
do kochania, a traktować mnie można tylko jako upośledzonego
człowieka, odartego z tego co najlepsze, godnego litości
i współczucia, niczym trędowatego. To co ja mówię nie ma
wartości, bo nie mam Boga. To co robię, też mogłoby być lepsze
bo nie mam Boga. Nic mi się w życiu nie udaje, bo oczywiście
nie mam Boga. Nie mogę nikomu radzić, bo nie mam Boga,
a więc moje porady są podszeptami Pana Szatana :-)

> sytuacja jest o ytle skomplikowana
> ze oboje sie meczycie i oboje chyba nie wiecie co z tym zrobic.


ciekaw jestem czy jest na świecie drugi taki związek
i jak sobie radzi...

> Dlatego podunalem propozycje udania sie do ksiedza
> (proboszcza czy jak mu tam) o wyjasnienie tej sytuacji.
> Co tak naprawde oznacza wiara.


btw: proboszcz jest uprzedzony. Słyszałem że żałuje że nie ma stosów ;-)
Natomiast księża których znam to fanatycy. Szkoda zdrowia
na próżne konwersacje, a raczej wysłuchiwanie zarzutów pod
moim adresem.

Mimo wszystko dzięki za słowa.

Piotrek
gazebo (11.11.2004, 21:36)
Vetch wrote:
> Ateizm to nie tylko praca nad sobą, ale często walka ze
> społecznymi uprzedzeniami, walka o własną godność i
> prawo do swobodnego "wyznawania" wolności wyboru.
> Jestem zmęczony ludzkimi uprzedzeniami, niechęcią,
> "prostowaniem" przesądów i poglądów. Męczy mnie
> życie na tej planecie. Czasem myślę sobie, że lepiej
> byłoby uwierzyć i stać się zagorzałym wyznawcą,
> niestety wierzyć nie potrafię. Podobnie jak nie potrafię
> wierzyć w UFO.


ateizm przez ortodoksow jest postrzegany jako przeciwienstwo tego co
tutaj piszesz
kurkuror (11.11.2004, 21:48)
> Poza tym, wiem z doświadczenia, że "sprzedawcy dymu"
> nie są obiektywni.


inaczej religia nie mialaby racji bytu

> Jestem zmęczony ludzkimi uprzedzeniami, niechęcią,
> "prostowaniem" przesądów i poglądów. Męczy mnie
> życie na tej planecie. Czasem myślę sobie, że lepiej
> byłoby uwierzyć i stać się zagorzałym wyznawcą,
> niestety wierzyć nie potrafię. Podobnie jak nie potrafię
> wierzyć w UFO.


Douglas Napisal: "Pewien Elektryczny mnich mial defekt. Uwierzyl, ze 30%
stołów to hubrydy a caly swiat jest w delikatnym odcieniu różu"
(...)
"wiara jak kazda inna"

> ja już zbyt długo tego środka szukam i z biegiem
> czasu moje chęci chyba tylko słabną
> i właśnie tego się obawiam, niestety nie mogę uzyskać jednoznacznej
> odpowiedzi.


to jak bedzie z tym biletem do urugwaju ?

> niestety, wg chrześcijaństwa, miłość bez Boga nie istnieje,
> bo on w tym założeniu jest samą miłością.
> Wniosek jest prosty: ja odrzucając Boga nie mam zdolności
> do kochania, a traktować mnie można tylko jako upośledzonego
> człowieka, odartego z tego co najlepsze, godnego litości
> i współczucia, niczym trędowatego. To co ja mówię nie ma
> wartości, bo nie mam Boga. To co robię, też mogłoby być lepsze
> bo nie mam Boga. Nic mi się w życiu nie udaje, bo oczywiście
> nie mam Boga. Nie mogę nikomu radzić, bo nie mam Boga,
> a więc moje porady są podszeptami Pana Szatana :-)

hmm, tonie moga byc podszepty Pana Szatana bo Boga nie masz, a skoro nie
masz Boga to Szatana tez nie mozesz miec. No ale cóz, logika kryje sie w
cieniu religii

> ciekaw jestem czy jest na świecie drugi taki związek
> i jak sobie radzi...


mysle że niejeden BYŁ

> btw: proboszcz jest uprzedzony. Słyszałem że żałuje że nie ma stosów ;-)
> Natomiast księża których znam to fanatycy. Szkoda zdrowia
> na próżne konwersacje, a raczej wysłuchiwanie zarzutów pod
> moim adresem.


to co mowisz to Klerycyzm a nie religia

ps. pomysl o bilecie do urugwaju :)
ps2. i mysle ze dasz sobie rade, predzej czy pozniej ale dasz.
Vetch (11.11.2004, 21:54)
Użytkownik "gazebo" <gazebo> napisał
>> zwiazku i przetasuje troche w swojej hierarchii albo ty sie dostosujesz
>> na sile co wrozy dobrze waszemu zwiazkowi, jesli macie dzieci to

> mialo byc _nie wrozy_, sorry


a już popadałem w zadumę "co autor miał na myśli" :-)

Piotrek
lamia (11.11.2004, 23:00)
z calym szacunkiem dla religi ale wedlug mnie twoja zona jest zwykla
fanatyczka a fanatyk predzej umrze niz da sie przekonac ze nie ma racji.
bazzzant (12.11.2004, 03:01)
> Żona uważa że ją oszukałem,
> bo jak twierdzi, "gdyby wiedziała że będę ateistą, na pewno by za mnie nie
> wyszła". Z tego wniosek, że miłość była warunkowana wiarą, a dla mnie
> wspólne zainteresowania religijne to marny powód do kochania, bo skąd mogłem
> wiedzieć że po latach się zmienię ?


To, że tłumaczy i uzależnia swoje uczucie od Twojego zaangażowania wiary, nie
musi oznaczać że nie ma ono bardziej "solidnych" podstaw, może jedynie nie
zdawać sobie z tego sprawy.

> Czy ktoś zna złoty środek w tej sytuacji ?


Nie sądzę. Z twojego postu wynika, że jest mocno ograniczona i tylko cud mógłby
jej to uświadomić, a ty ostatnio trochę mniej na cudach polegasz. Pozostanie z
nią to kompromis i wyrzeczenie, które prawdopodobnie będzie więcej kosztowało
Ciebie niż ją Twoje odejście. Wiara daje w takich przypadkach możliwość
wytłumaczenia sobie sytuacji religijnymi brakami partnera i nierzadko stanowi
impuls do pogrążenia się w dewocji, z czym niektórzy jak mi się wydaje potrafią
być szczęśliwi.
cbnet (12.11.2004, 06:05)
Vetch:
> Już mam taki chaos we łbie, że każda opinia już mi chyba nie
> zaszkodzi, a może pomoże, więc przeczytajcie to poniżej :-)
> Jesteśmy małżeństwem, lecz kierujemy się różnymi pobudkami.
> Żona oczywiście w nadziei na życie wieczne, pełna religijnych
> ograniczeń poświęca niejednokrotnie rzeczywistość (a wraz z
> nią mnie), a ja wiem że mam jedno życie i nic poza tym, dlatego
> żyję pełnią tego co mam i nie ma dla mnie niczego ważniejszego
> od tego co jest tu i teraz.
> [...]
> Czy ktoś zna złoty środek w tej sytuacji ?


Zapamietalem nasza dyskusje sprzed kilku lat.
Nie pamietalem o czym dokladnie rozmawialismy, ale pozostalo
mi w pamieci Twoje kurczowe trzymanie sie 'prawd' religijnych kk
oraz to, ze staralem sie pokazac Ci, iz sie mylisz.

Znalazlem tamten temat. To bylo ponad 3 lata temu.
Chodzilo o wiare jako [rzekomo] konieczny warunek dla zbawienia
("zycia wiecznego").

Chcialbym Ci pomoc, ale watpie czy ktokolwiek jest w stanie
tego dokonac.

Kiedys, dawno temu, formalnie bylem wiernym kk.
Zawsze bylem kiepskim wiernym kk - mocno nieortodoksyjnym i bardzo
sceptycznym. Wierzylem za to [~bezskutecznie i zawziecie zarazem]
w ludzi.

W pewnym momencie jednak cos sie stalo - odkrylem ze w moim
zyciu wciaz cos _bardzo waznego_ mi ~umyka, cos co do mnie ~wola,
i bardzo silnie do mnie ~przemawia, tak silnie, ze az sie tego balem.

Niezaleznie od tego, ze czytalem (pochlanialem) Biblie, dosc nagle
postanowilem dodatkowo 'pograzyc sie' ~ortodoksyjnie (z dbaloscia)
w praktykach religijnych (postanowienie bylo konieczne, gdyz inaczej
nie bylem w stanie zmusic sie do tego rodzaju ~systematycznego
dzialania).

Wytrzymalem moze pol roku, moze nieco wiecej, a moze mniej
- nie pamietam dokladnie.

Skonczylo sie na uznaniu przeze mnie religii kk za _calkowicie_
mi zbedny balast stanowiacy wynaturzenie wymierzone nie tylko w
zasady logiki czy zdrowego rozsadku, ale wrecz _uniemozliwiajacy_
rzeczywiste poznanie Boga.

Zawsze bylem nedznym wiernym kk, wiec zadna strata dla religii. ;)

Teraz _wiem_, ze Bog istnieje. :)

Dla kk i wiernych kk pozostaje "ateista". ;)
[Dla kk ateista jest kazdy kto nie jest wiernym kk.]

Wierni kk pozostaja dla mnie bezrozumnymi balwochwalcami.
Nie wyobrazam sobie, abym byl zmuszony usilowac zaakceptowac
u swego boku ortodoksyjna religiantke spod znaku kk.

Czasem, aby cos odrzucic trzeba tego ~doknac, by poczuc to
bezposrednio i w ten sposob przekonac sie o calkowitej bezuzytecznosci
tego czegos dla siebie. :)

Napisales kiedys (w tamtym temacie sprzed ponad 3-ch lat) m.in.:
"ja wiem że Bóg istnieje."
Co sie stalo?
Dlaczego uwazasz, ze: wiara w [istnienie] Boga <=> wiara w dogmaty
religijne kk?
W Twoim poscie [wciaz] mozna dostrzec sporo oznak prania mozgu
jakiemu sie poddales.
Jak dlugo byles ~ortodoksem religijnym?
Pyzol (12.11.2004, 11:27)
Vetch <vetch> napisał(a):

> Już mam taki chaos we łbie, że każda opinia już mi chyba nie
> zaszkodzi,


No to moja, moze, tez.:)

Uwazam, ze nie tyle ja oszukales, ile nie bardzo rozumiesz czym jest wiara.

Piszesz,ze dla niej stales sie wierzacy. To nie jest tak, stary. Uzyles
panaboga, aby zdobyc kobiete. Ona zas, od razu przedstawiala sprawe jasno,
ale nie umiala dostrzec iluzyjnosci twojej "wiary".

Za te bledy teraz placicie i wydaje sie, iz najlepszym dla was rozwiazaniem
bedzie rozstanie - dopoki nie macie dzieci. Podobalo ci sie,ze ona taka byl
a "pelna milosci". Nie zrozumiales tylko,ze ta milosc to jakby nie tylko do
ciebie. To juz sobie pominales. Teraz, kiedy owa milosc jest ci nie na reke,
nagle ona stala sie "ortodoksyjna".

Stala sie?

Z pewnoscia taka byla zawsze.

A co ci konkretnego w tej jej wierze przeszkadza? Czy nie moglibyscie
znalezc sobie jakiegos madrego doradcy w sprawach rodzinnych w instytucji
przykoscielnej?

Coz takiego ona "poswieca" w zyciu, ze tak bardzo ci nie odpowiada?
Oczekujesz,ze majac do wyboru ciebie i Boga wybierze ciebie?

No to naprawde nie rozumiesz na czym wiara polega i, pewnie, juz sie nie
dogadacie.

Dla niej ta twoja odmiana to tragedia wieksza niz mozesz sobie wyobrazic,
znacznie wieksza od twojej.

Funkcjonuje w zwiazku z agnostykiem, sama jestem wierzaca, aczkowliek malo
religijna. Powiedz swojej zonie,ze moj najmilszy, kiedy go spotkalam byl
zawzietym ateista, dzis juz jest tylko agnostykiem. Nie wiem, czy
kiedykolwiek stanie sie czlowiekiem wierzacym ufam,ze panbog wie co robi i
palkami do raju nie zamierzam swego najdrozszego zapedzac. Kiedy chodzilam do
kosciola, chodzil razem ze mna, zasady w zyciu mam takie raczej wlasnie
ortodoksyjnie chrzescijanskie i jakos bez zadnych problemow ( w tym zakresie)
jestesmy juz razem 22 lata i malo prawdopodobne, abysmy kiedykolwiek mieli s
ie rozstac.

Przypomnij jej takze, ze Chrystus nauczal tam, gdzie uwazal,ze jest potrzebny
a nie tam, gdzie ludzie wierzyli w Boga i przestrzegali Jego Prawa. Tam sie
nie czul potrzebny.

"Nie potrzebuja lekarza zdrowi,ale ci co sie zle maja" - tak skomentowal
zarzuty,ze jada z celnikami i grzesznikami.

Niech ona sobie to przemysli.

Kaska
Tomek (12.11.2004, 11:31)
Nawiazujac o wiadomosci użytkownika "Vetch" <vetch>
news:en41

Mam wrazenie, ze Twoja zona bardziej koncentruje sie na samej wierze dla
wiary niz na wypelnianiu jej postulatow w swoim zyciu. Najwazniejsze
przykazanie dla chrzescijanina o milosci Pana Boga i milosci drugiej osoby
jak siebie samego jest z pewnych wzgledow niefortune, poniewaz niektorzy nie
potrafia 'skutecznie' siebie kochac. Milosc nie jest obowiazkiem religijnym
tylko droga do poznania innych ludzi i Boga. Chodzi mi tutaj o to, iz nie
kocha sie z obowiazku. Kocha sie z milosci. Mam wrazenie, ze milosc z
obowiazku na dluzsza mete nie za bardzo zbliza ludzi do siebie i do Boga.

Odnioslem wrazenie, ze zarowno Ty jak i Twoja zona bardzo dbacie o sprawy
ducha. Mozliwe, ze roznicie sie sposobem podejscia do tych spraw. Jedni sa
bardziej pragamtyczni, inni racjonalni, jeszcze inni emocjonalni czy
nastawieni na kontakty interpersonalne. Wydaje sie, ze na przestrzeni
historii kosciola mozna znalezc wielu swietych, ktorzy akcentuja rozne
motywy.

Osobiscie uwazam, ze dobry chrzescijanin to osoba z otwartym umyslem i
sercem pelnym Milosci oraz wyrobionym uczuciem empatii. Jesli zona uwaza, iz
przemawia przez Ciebie szatan teoretycznie powinna tym bardziej okazywac Ci
swoja milosc i trzymajac sie biblii- przyjac ta probe (patrz- Hiob, Jezus).
Palenie na stosie oraz przyrownywanie do szatana nie jest chyba tym do czego
nawolywal Jezus. Odwolujac sie scisle do liter prawa mozna latwo zatracic z
oczu to co wierze jest najwazniejsze. Bog nie jest 'schowany' w prawach ale
w milosc, do Boga ale takze koniecznie do ludzi.

Co zas sie tyczy ordo malzenskiego. Wg mojej wiedzy kosciol nie promuje
malzenstwa bialego. W malzenstwie zawiera sie zarowno milosc duchowa jak i
fizyczna. Sama milosc fizyczna takze pochodzi od Boga. Dosc spore 'zmiany' w
rozumieniu seksualnosci przyniosl Sobor Watykanski II.

To co moglbym Ci poradzic to znalezc jakiegos otwartego i chetnego do
pracy ksiedza. Obawiam sie, ze zona pewnie innego autorytetu w dyskusji nie
przyjmie. Ksiezy takich, jak i braci zakonych calkiem sporo chodzi po tym
swiecie- proponuje szukac i nie zrazac sie szybko! Sa rozne oblicza
chrzescijanstwa. Zastanawiam sie na ile silny wplyw na Twoja zone wywiera
otoczenie, w ktorym zyjecie. Od jak dawna mieszkacie w tej miejscowosci, ile
jest tam parafii? Nie liczylbym na to, iz wystarczy, aby zmienila sie zona.
Oboje pewnie bedziecie musieli popracowac nad soba i swoim zwiazkiem.

Pozdrawiam serdecznie!
Tomek /S/

Podobne wątki